
Stary orzech włoski rósł na skraju Estancji od tak dawna, że nikt już nie pamiętał, kto wbił w ziemię jego pierwsze, zielone kłącze. Jego pień był potężny, pokryty głębokimi bruzdami niczym twarz mędrca, a rozłożyste konary tworzyły nad ziemią gęsty, żywy baldachim.

Rozmowa potoczyła się dalej, schodząc na wspomnienia z czasów, gdy dopiero się poznali. Iwona zaczęła opowiadać o ich pierwszej wspólnej podróży, o zapachu letniego deszczu i o marzeniach, które wtedy wydawały się tak bliskie. Gdy głos zaczął jej drżeć ze wzruszenia, przyroda znów delikatnie wtrąciła swoje trzy grosze. Z gęstwiny liści nad ich głowami dobiegło nagłe, rytmiczne stukanie dzięcioła, a sekundę później z pobliskich zarośli zerwało się stado wróbli, trzepocząc skrzydełkami z głośnym szumem. Ten naturalny hałas zmusił ich do spojrzenia w górę i uśmiechnięcia się do siebie. Magia tego miejsca polegała na tym, że nie pozwalała nikomu pogrążyć się w smutku.
